Espresso za 99 centów brzmi jak wspomnienie starego, dobrego świata. Dla chińskiej sieci kawiarni Cotti to jednak strategia biznesowa. Nazywana „kawowym Temu”, wchodzi do Europy nie tylko z tanią kawą, lecz z nowym modelem: szybkim i zamawianym w aplikacji. Niemcy są pierwszym poważnym testem.
Początek 2026 roku przyniósł ruch, którego wielu obserwatorów rynku kawy się spodziewało. Cotti rozpoczęło europejską ekspansję niemal równolegle w kilku krajach: we Francji, w Niemczech, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. Za Odrą pojawiło się w Berlinie, Hamburgu, Kolonii i Düsseldorfie. Wybór Niemiec nie jest przypadkowy. To jeden z najważniejszych rynków kawowych w Europie. Jeśli model Cotti sprawdzi się na dojrzałym, mocno osadzonym w codziennych nawykach rynku, łatwiej będzie mu rosnąć dalej.
Niemieckie media od razu ustawiły wejście Cotti do Europy w ramie starcia ze Starbucksem. „Chiński anty-Starbucks” - pisał renomowany szwajcarski dziennik „Neue Zürcher Zeitung”, sugerując, że po latach dominacji amerykańskiej marki na Zachodzie do gry wchodzi nowy rywal. Porównanie to jest efektowne, ale mylące. Starbucks i Cotti działają w różnych modelach. Do Starbucksa idzie się po atmosferę, miejsce i czas. Cotti sprzedaje przede wszystkim niską cenę, szybkość i wygodę.
Ambicje są jednak duże. Cotti deklaruje, że chce zostać największą siecią kawiarni na świecie i już dziś mówi o około 18 tysiącach lokali w 28 krajach. To daje mu miejsce w ścisłej czołówce - za Starbucksem (około 40 tys.) i Luckinem (30 tys.). Ten ostatni, choć jeszcze większy, wciąż pozostaje niemal całkowicie skoncentrowany na rynku chińskim.
Promocje za dane
To właśnie doświadczenie Luckina najlepiej tłumaczy, skąd wziął się pomysł na Cotti. To projekt rozwijany przez byłych menedżerów Luckin Coffee – giganta, który w Chinach zbudował swoją pozycję nie tyle na samej kawie, ile na sposobie jej sprzedaży. Kluczowy okazał się model: szybki, cyfrowy i maksymalnie zoptymalizowany. W praktyce oznacza to model app-first: zamówienie w telefonie, szybki odbiór, minimum rozmowy i minimum pobytu. Dlatego kupno kawy w Cotti czy Luckinie bardziej przypomina zakupy tanich ubrań na Temu lub Sheinie niż wizytę w klasycznej kawiarni.
Taktyka ta pozwala ograniczyć koszty i obsłużyć jak najwięcej klientów w krótszym czasie. Dla Cotti „kawa na aplikację” ma jeszcze jedną zaletę: daje dostęp do ogromnej ilości danych. Żeby korzystać z aplikacji, trzeba się zarejestrować, podając m. in. numer telefonu, adres e-mail i dane do płatności. System może szybko „uczyć się” klienta - wie, co zamawia, kiedy i gdzie. Na tej podstawie może budować ofertę i promocje. Zauważyły to niemieckie media, które napisały o „haczyku danych” czy „kawie, za którą płaci się danymi”. Samo Cotti twierdzi, że gromadzone dane służą przede wszystkim działaniu aplikacji, ale nie podaje dokładnie, jak są one dalej wykorzystywane.

Tam, gdzie kończy się rola baristy
Zautomatyzowany model Cotti wyraźnie zmienia rolę baristy. W tradycyjnej kawiarni barista bywa przewodnikiem po menu, doradza, rozmawia z klientem. Ogółem: buduje relacje. W Cotti jego zadanie jest znacznie węższe: przyjąć zamówienie, uruchomić ekspres i wydać gotowy napój. Kawa staje się tu elementem szybkiego, wystandaryzowanego systemu. Rodzi się więc pytanie, czy w takim modelu mamy jeszcze do czynienia z baristą, czy raczej ze sprzedawcą kawy obsługującym proces.
Podobnie wygląda podejście do samego produktu. Cotti deklaruje, że używa ziaren w 100 proc. arabiki i buduje globalny łańcuch dostaw oparty m.in. na Ameryce Południowej, Etiopii i Wietnamie, ale nie ujawnia szczegółowo, z których farm czy plantacji pochodzi kawa. Więcej wiadomo o etapie wypalania: firma mówi o zintegrowanym zakładzie palenia w Chinach, o wydajności 45 tys. ton rocznie. W praktyce oznacza to długi łańcuch podróży - ziarno trafia z krajów uprawy do Chin, gdzie jest wypalane, a stamtąd jedzie dalej do lokali w Europie. To znowu pokazuje logikę Cotti: mniej opowieści o pochodzeniu i rzemiośle, więcej skali, standaryzacji i kontroli nad całym procesem.
Kawa z kodem kreskowym
Najlepiej widać to w praktyce. Do Cotti trafiam przy okazji wizyty w Berlinie. Lokal niedaleko dworca Friedrichstrasse działa pod tempo: wejść, odebrać, wyjść. Jeszcze zanim wchodzę do środka, wita mnie wielki baner obiecujący promocje i zachęcający do zamawiania kawy w aplikacji.
W środku kawiarnia jest nieco inna niż te, które wybrałabym na spokojną niedzielną kawkę. Jasne światło, kolorowe ekrany, migające, zmieniające się oferty. Obok kaw Cotti mocno promuje inne modne napoje - matchę mango-kokos, matchę latte czy kolorowe mrożone herbaty o różnych smakach. W berlińskim lokalu do specjałów należy jabłkowe americano - kawa połączona z sokiem owocowym, podawana na zimno i z lodem.
Otwieram aplikację i próbuję zamówić kawę „po ichniemu”. Nie działa. Skoro aplikacja zawodzi, zamawiam przy kasie. Muszę obejść się smakiem, z promocji nici. Już samo zamówienie flat white trochę mnie zaskakuje, bo tutaj wszystkie kawy, także ono, zaczynają się od rozmiaru M. Za flat white w takim rozmiarze płacę 3,10 euro, kartą. Za barem pracują dwie osoby, najwyraźniej pochodzące z Chin. Dziewczyna przyjmuje zamówienie, chłopak obsługuje ekspres. A właściwie wybiera na nim odpowiedni przycisk. Nie tyle przygotowuje kawę, ile ją uruchamia.
W lokalu jest sporo ludzi, a mimo to uderza mnie cisza. Nie ta spokojna, kawiarniana, ale bardziej neutralna, niemal bezosobowa. Nie słychać rozmów ani zwyczajnego tła, które zazwyczaj towarzyszy takim miejscom. Ludzie stoją, patrzą w telefony, czekają. Tylko nieliczni zajmują kilka foteli. Nagle słyszę krótki, trzytonowy sygnał: zamówienie gotowe. Odbieram swoje flat white w papierowym kubku z pokrywką z twardego plastiku. Na kubku naklejona jest etykieta z kodem kreskowym i dokładnym opisem zamówienia: rozmiar M, na ciepło, ze zwykłym mlekiem. Trochę jak metka przy ubraniu.
Siadam na chwilę przy wysokim stoliku. Wokół powtarza się ten sam rytm: wejść, odebrać, ewentualnie wypić na miejscu i wyjść. Nikt tu nie zostaje na dłużej. Nawet powitanie: głośne „hallo” z wyraźnym azjatyckim akcentem brzmi bardziej jak element procedury niż gest gospodarza. Ciekawa jest też różnica między klientami. Ci, którzy wyglądają na Azjatów, niemal automatycznie korzystają z aplikacji. Niemcy częściej podchodzą do kasy. Jakby dopiero oswajali się z tym systemem.
A smak kawy? Nienajgorszy. Lekko zbyt gorzki, poprawny, ale bez większych emocji. Tyle że chyba nie o smak tu chodzi. Bo Cotti nie sprzedaje doświadczenia, tylko sprawność i przewidywalność. To kawa bliższa tej z dobrze znanej nam Żabki niż z klasycznej kawiarni.

Wygoda zamiast rytuału
Koneserzy kawy raczej nie znajdą w Cotti swojego świata. Ale też nie oni są tu najważniejsi. Stawką jest masowy, codzienny klient, który chce zapłacić mniej i dostać kawę szybko, bez całej kawiarnianej opowieści. Być może właśnie na tym polega dziś najważniejsza zmiana na rynku kawy: nie na nowym smaku, lecz na przesunięciu akcentu z miejsca na system, z baristy na aplikację, z doświadczenia na wygodę.
Cotti nie musi przecież pokonać Starbucksa, by zmienić europejskich kawoszy. Wystarczy, że przekona wystarczająco wielu klientów, iż kawa może być po prostu kolejną szybką i tanią usługą. Europa nie jest tu zresztą marginesem, ale jednym z ważnych kierunków dalszego wzrostu.